Wykup reklamę w Kafeterii Więcej »

Magazyn dla kobiet Kafeteria jest częścią Portalu o2.pl Więcej »

Co w kinie?

02.03.2009 | Recenzja filmowa

"Oszukana", Clint Eastwood

Fanów reżyserskiego talentu Eastwooda wypada na wstępie ostrzec - Oszukana to spore rozczarowanie.

Film opowiada historię opartą na faktach. Los Angeles, 1928 rok. Christine Collins (Angelina Jolie) to kobieta wyprzedzająca swoje czasy: piękna, niezależna finansowo, samotnie wychowująca syna Waltera. Kiedy któregoś dnia wraca z pracy, nie zastaje dziecka w domu. Policja dość opieszale rozpoczyna poszukiwania. Collins kontaktuje się z prasą, sprawa staje się głośna. Kiedy po pięciu miesiącach policja ogłasza swój sukces, Christine czeka przykre rozczarowanie: dostarczony chłopiec, chociaż podobny do Waltera, nie jest jej synem. Zmanipulowana przez policjantów kobieta zgadza się zabrać dziecko do domu. Kiedy nalega, by stróże porządku kontynuowali poszukiwania, lokalny komendant J.J. Jones (Jeffrey Donovan) kontratakuje: wpierw ośmiesza kobietę w oczach opinii publicznej, później próbuje ją zastraszyć, wreszcie - doprowadza do bezprawnego uwięzienia Collins w zakładzie psychiatrycznym. Zaginięciem chłopca interesuje się słynny tropiciel korupcji i wszelkich nieprawidłowości życia publicznego, pastor Gustav Briegleb (John Malkovich). Briegleb doprowadza do uwolnienia Christine, namawia ją, by wytoczyła miastu proces. Sprawa staje się głośna, dyskutuje o niej cała Ameryka, na ulicach Los Angeles organizowane są wiece poparcia dla Christine. Jednocześnie obserwujemy tajemniczą, farmę, na której Gordon Northcott (Jason Butler Harner) więzi porwane dzieci. Kiedy na miejsce dociera policja, okazuje się, że Northcott uśmiercił tutaj co najmniej dwudziestu chłopców. Czy był wśród nich Walter Collins?

Przykro pisać o Oszukanej. To obraz, który miał wszelkie dane, by stać się przedstawicielem tzw. wielkiego kina. Niestety tak się nie stało. Zawiódł jeden kluczowy element - scenariusz.

Skrypt wyszedł spod pióra J. Michaela Straczynskiego, wieloletniego dziennikarza "Timesa". Nakierowany przez informatorów Straczynski spędził rok na tropieniu wszelkich aspektów sprawy, przekopał kilogramy akt sądowych i archiwalnych wydań gazet. Jako dziennikarz spisał się pierwszorzędnie, jako scenarzysta nie udźwignął ciężaru opowieści. Sama historia jest bezsprzecznie wstrząsająca. I jednocześnie opowiedziana z naruszeniem podstawowych zasad filmowej narracji.

Straczynski pisał wcześniej dla telewizji, Oszukana to jego kinowy debiut. I czuć to bardzo wyraźnie. Mamy do czynienia z tekstem dziennikarza, który zakochał się w odnalezionej przez siebie historii, ale przenosząc ją na ekran, nie umiał zrezygnować z żadnego jej elementu. Bo mamy tu obok siebie: wczesnofeministyczny manifest, dramat opuszczonej matki, obraz patologii rządów czasów prohibicji, kształtowanie się społeczeństwa obywatelskiego, afery korupcyjne, losy kilku ważnych postaci historycznych (pastor Grieleb), wstrząsającą historię "oddziału 12" (szpitala psychiatrycznego, w którym policja bezprawnie więziła niewygodnych świadków), relację z poszukiwań i procesu psychopatycznego mordercy. W dodatku Eastwood i Straczynski fundują widzowi niemiłosiernie przeciągnięte zakończenie, w którym znajduje swoje miejsce także dyskusja o karze śmierci, dramat winy i kary, pochwała kobiecej niezłomności, gloryfikacja podstawowych amerykańskich wartości itd.

W efekcie dostajemy obraz przeładowany. Każdy z zawartych w nim wątków mógłby być tematem oddzielnego filmu. Każdy jest ważny i zasługuje na opowiedzenie. Ale wszystkie te historie, wrzucone do jednego worka, tracą. Każda jest podana w sposób niesłychanie pobieżny, wręcz skrótowy. Naprawdę w trakcie projekcji miałem wrażenie, że obcuję z przepięknie sfilmowanym streszczeniem. Nie ma tu miejsca na emocje, wyraźny rysunek postaci, chwilę refleksji. W dodatku Eastwood - jakby na przekór - tę nieustającą gonitwę udokumentowanych faktów filmuje ascetycznie, powolnie, chciałoby się rzec - flegmatycznie. Nie ma tutaj suspensu, nie przeżywamy autentycznych dramatów, jakie są udziałem bohaterów. Narracja jest przewidywalna, oczywista i dosłowna. W dodatku niezaprzeczalną siłę poszczególnych scen niweczą następujące po nich dłużyzny.

Szwankuje także wiarygodność. Bo nie wystarczy przypis "True Story", by widz bezkrytycznie wierzył we wszystko, co mu się pokazuje. Już scena, w której matka pozwala sobie wmówić, że obce dziecko to jej zaginiony syn, stanowi oczywisty dysonans. Dalej brakuje tutaj umiejętnego nakreślenia kontekstu, uświadomienia realiów lat 20. Zmagania Christine z wymiarem sprawiedliwości jawią się jako czysty absurd, a sceny, które uświadamiają ich realizm (np. zwierzenia innych kobiet uwięzionych w "oddziale 12"), pojawiają się zbyt późno. Drażni też łopatologiczne założenie, by niezliczone wątki serwować po kolei. Bo gdybyśmy dramat osamotnionej matki (wyśmienicie zresztą odegrany przez Jolie) mogli śledzić jednocześnie z rozwojem wydarzeń na farmie Northcotta, efekt zostałby osiągnięty - dramat byłby przejmujący, wzmocniony efektem nieubłaganie upływającego czasu. Ale nie - oba wątki podane są oddzielnie, rozdzielone dochodzeniem sądowym - w efekcie nijak mają się do siebie.

A szkoda. Bo obok wstrząsającej historii Oszukana może pochwalić się też perfekcyjną, wirtuozerską wręcz realizacją. Eastwood zebrał ekipę sprawdzoną na planach swoich wcześniejszych filmów. Za zdjęcia odpowiada Tom Stern (Za wszelką cenę), scenografię stworzył James Murakami (Listy z Iwo Jimy), kostiumy przygotowała Deborah Hopper (Rzeka tajemnic). Efekty ich pracy przechodzą najśmielsze oczekiwania - mamy tu lata 20. jak żywe, uroda poszczególnych kadrów naprawdę zapiera dech w piersiach. W dodatku (co naprawdę rzadkie) cały historyczny sztafaż nie jest tu celem samym w sobie, stanowi jedynie dyskretne, nie narzucające się tło samej historii.

Mam świadomość, że zaatakują mnie tak czytelnicy, jak i koledzy po piórze. Bo utarło się już, że jeżeli ktoś nazywa się np. Clint Eastwood, można trochę ponarzekać, ale cztery gwiazdki muszą być. Otóż nie, nie muszą. Bo oczywiste jest, że tak głośny reżyser zawsze pozyska wyśmienitych współpracowników, którzy dadzą z siebie wszystko. Ale ów reżyser powinien zebrać te elementy (historię, aktorstwo, zdjęcia, scenografię itd.) i skleić je w pasjonującą, przejmującą opowieść. A to się Eastwoodowi ewidentnie nie udało. I tak Oszukana jest klasycznym przykładem filmu straconej szansy. I jednocześnie jednym z najsłabszych punktów w reżyserskiej karierze Clinta Eastwooda.
Rafał Błaszczak
Wersja do druku

Wasze komentarze

Autor: nina  02.03.2009 zgłoś

Dlaczego w pl tak glupio zawsze filmy tlumacza ? Niech zostawia oryginalny tytul ! Film dlugi, jednak b.dobry. Rola Angeliny swietna.

Autor: Julia  03.03.2009 zgłoś

Panie krytyku Rafale Błaszczak. Kim Pan jest? Samorodnym krytykiem nazywającym się tylko tak dlatego, że pisze Pan recenzje w kafeterii? Proszę coś o sobie napisać, żebym była świadoma czy ma Pan prawo wygłaszać takie opinie na poczytnym portalu

Autor: misia+oysia  04.03.2009 zgłoś

Już z miecha temu o gladałam na kompie:) Film bardzo przejmujący !!! polecam

Autor:  05.03.2009 zgłoś

a ja się zgadzam z recenzentem

Autor: ryna89  05.03.2009 zgłoś

świetny film,polecam

Autor: _______________________________________  07.03.2009 zgłoś

Jak ktoś chce i tak obejrzy, choćby dla jamochłonowatych warg Jolie ;->

Autor: kinowidz  08.03.2009 zgłoś

ja również zgadzam się z recenzentem. Ogladając ten film czułam się jakbym była na projekcji kilku filmów, za duzo wątków jak na jeden...

Autor: sędzia  13.03.2009 zgłoś

No, cóż, krytyk musi coś skrytykować, by zaistnieć... Oglądałem "Channeling" tydzień temu; jeśli miałbym go za coś skrytykować, to chyba tylko za końską, o ile nie żubrzą dawkę przygnębienia, którą pozostawia po sobie - czego oczywiście bym nie zrobił. Film pokazuje bowiem prawdę, nie jakiś bajki spod Gorców. Już sam fakt przekazywania faktów każdy powstały film przenosi o półkę wyżej. Zwłaszcza w tym przypadku,gdy mamy podwójny dramat - matka uderzona najgorszym z ciosów życia musi jeszcze stoczyć bój z całym tym skorumpowanym systemem. Chorym, zawodnym i nieskutecznym zresztą od samych podwalin i przynoszącym jedną z wielu ujm naszej planecie. Można tu dodać, że dziś wcale nie musiało by być lepiej, a pastor stojący ością w gardle w sposób tak natrętny i kłopotliwy zostałby pewnie przez "mroczne siły" sprzątnięty. Oglądając film nie miałem wrażenia, że coś jest niespójne, nie zdarzyło mi się też ziewnąć na skutek rzekomych dłużyzn - szczerze mówiąc film ogląda się w napięciu i zmartwieniu, a już na pewno przejęciu. O ile ktoś na tyle poznał życie by choć minimalnie wczuć się w emocje i przejścia Christine Collins... Zwłaszcza, że gra Angeliny Jolie ujmuje; potrafiła bez natrętnej, teatralnej, "jandowskiej" ekspresji twarzy oddać tak dogłębny smutek, rozpacz i determinację, że chciało się ją przytulić. Czego nawet nie psuła mi jej dolna warga, patologicznego rozmiaru, sugerująca życie z alkoholowym mężem - bokserem... Zarzut, że Christine pozwala sobie "wmówić dziecko" jest pochopnym "strzałem spod biodra" i świadczy o braku podstawowych zasad psychologii. Po pierwsze, matka od początku nie brała "podrzutka" za Waltera, natomiast wyraźnie pokazano (w filmowym co prawda ograniczeniu, ale resztę inteligentny widz sobie dopowie), że kobieta (dodajmy: wycieńczona psychiczne utratą dziecka oraz nadzieją odzyskania go - a taka nadzieja obsesyjnie przejmuje władzę nad umysłem i czyni człowieka słabym energetycznie i oszołomionym) zostaje poddana manipulacjom, ogłupianiu i zastraszaniu, w czy bierze udział wiele osób, w tym instytucje STWORZONE DLA WSPARCIA CZŁOWIEKA. Moim zdaniem Christine i tak szybko zebrała się do kupy. Zakończenie nie jest rozwlekłe, w istocie zapobiega jednemu z najczęstszych zarzutów: niedopowiedzeń. W przypadku filmów prawdziwych irytującą manierą i amatorszczyzną jest stosowanie skrótów i zakończeń, które powodują, że widz pozostaje po seansie z szeregiem pytań typu "Co z nim, a co potem?". Tu tego nie ma, co uznaję za zawodowstwo o dojrzałość,rzecz dotyczy wyczucia tematu ( to jedna nie "Iron Man") i poszanowana licznych widzów, których dotykały podobne historie. Cóż, nie powstał dotąd film, który ująłby cały lud, kwestia gustu i potrzeb. Trzeba jednak wiedzieć, że "Channeling" jest dramatem obyczajowym (opartym na faktach), co ma swoją specyfikę. Inna prawa, że do pewnych filmów trzeba dojrzeć, by zamiast szukać skrótowych efektów,odnajdować tam prawdziwe emocje, dylematy, wybory, i po prostu życie. Ja "Channeling" polecam - wobec jednak uczucia przygnębienia zalecałbym dawkę wyrównującą endorfiny - dzień później 2 komedie z lat 80.

Autor: ggggggg  06.04.2009 zgłoś

skoro juz chcemy byc dokladni z tymi tytulami to nie CHANNELING tylko CHANGELING:) a film swietny .POLECAM.

Dodaj własny komentarz

(twój pseudonim, imię lub nazwisko)

(nieobowiązkowo; nie musisz podawać adresu e-mail!)

Min. liczba znaków: 3

Kafeteria / Zamów reklamę w Kafeterii / Redakcja (PR + autorzy) / Kosmetyki do testów / Patronaty
© 1999-2014 Grupa Wirtualna Polska Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu